O autorze
Pół-Polka, pół-Libanka. W maju zostanie mamą małej Mii. Zawodowo projektantka grafiki, która po godzinach od zawsze relaksuje się w kuchni. Uczestniczka trzeciej polskiej edycji programu „MasterChef”, której umiejętności docenili między innymi Gordon Ramsay i Michel Roux. Autorka książki o kuchni libańskiej "Hummus, za'atar i granaty". Prowadzi cykliczne warsztaty z kuchni arabskiej oraz blog o tematyce okołokulinarnej: www.blogsamar.com

Kraina mlekiem i bólem płynąca

Ciąża i macierzyństwo to dla kobiety wyjątkowy czas. Zarówno pełen miłości i piękna, jak i bólu czy strachu. Niemalże całą ciążę jesteśmy petardowane informacjami na temat bólu porodowego i przygotowujemy się na najgorsze, chociaż najgorsze dopiero może nadejść…


Każda z nas słyszała mniej lub bardziej przerażające historie porodowe, jednak koszmar dla wielu z nas zaczyna się dopiero po nim, kiedy na świat przychodzi maleństwo, hormony buzują i zaczynamy karmić. O negatywnych stronach karmienia nikt praktycznie nie mówi. Slyszy się tylko o samych plusach jakie wypływają z naturalnego karmienia i pięknie takiego procesu.



Problem zaczyna się już w pierwszych dobach w szpitalu, gdzie niemalże każdy lekarz i położna ma swoją teorię na temat tego jak przystawiać, czy dokarmiać mlekiem modyfikowanym i co zrobić, aby laktacja rozbujała się na dobre. Kiedy przejdziemy przez pierwszy stres i mleko zaczyna płynąć przychodzi ból, który ciężko jest wytrzymać. O ile u dziecka odruch ssania jest naturalny, to nasze piersi nie są na to przygotowane. Zaciskamy jednak zęby i dzielnie karmimy na przekór wszystkim przeciwnościom losu. Nie straszne nam krwawiące brodawki, obolałe piersi czy zapalenia.

Pierwszy miesiąc zlewa się w jedną plamę, od karmienia do karmienia mijają całe dni. Kiedy my karmimy maleństwo, nasz żołądek przywiera do kręgosłupa i nie sposób pomyśleć o niczym innym niż... jedzenie. Tak więc my karmimy dziecko, a mąż karmi nas. Dopiero wtedy zaczyna się rozumieć, czemu na szkole rodzenia tak często powtarzali, że po wyjściu ze szpitala lodówka musi być pełna, a w spiżarni powinny znajdować się zapasy wody.

Kiedy dla innych czas biegnie normalnie, dla nas - mam - czas się zatrzymuje na kamieniu i kanapie. Logistyka wyjścia do sklepu przeraża, a jazda samochodem w pojedynkę z dzieckiem już zupełnie. Przychodzi jednak dzień, że wszystko wraca do “normy”. Brzuch się obkurcza, my każdego dnia piękniejemy, a wyjście do sklepu czy na spacer przestaje wydawać się nieosiągalnym celem.

W końcu wychodzimy do restauracji/ na spacer do parku/ do znajomych, żeby świętować normalność i powrócić do życia sprzed porodu. Tu pojawia się kolejny problem - gdzie i jak karmić? Coraz więcej pojawia się miejsc, w których można w spokoju nakarmić i przebrać dziecko. Jednak nie zawsze jest to obowiązujący standard.

To absurdalne, że w świecie, gdzie na codzień bombardują nas erotyką na każdym kroku potrafi nas zniesmaczyć kawałek kobiecej piersi, której zresztą na ulicach w innym kontekście nie brakuje. Tak po ponad 40 tygodniach trudu, zmagań, huśtawki hormonalnej, nieskończonej ilości badań, stresów zakończonych niebywałym bólem porodowym i kolejnych tygodniach dochodzenia do siebie przychodzi nam się zmagać ze smutną rzeczywistością - brakiem tolerancji w społeczeństwie, w którym jedyną z ważniejszych wartości jest rodzina.

Dla mnie karmienie jest chwilą, w której czas się zatrzymuje i jesteśmy tylko we dwie. To czas budowania więzi między mną a Mią, która wymaga opieki, ale też ogromnej dawki ciepła i miłości. Dlatego, my mamy, tak bardzo walczymy z własnym bólem, ale też brakiem tolerancji w społeczeństwie.

“Niech się wstydzi ten kto widzi” i naprawdę nie patrz, kiedy karmię jeśli ma Cię to zniesmaczyć. Moje dziecko jest głodne, więc je karmie - w restauracji, na ławce w parku lub w galerii handlowej. Kobiety, piersi w górę - karmcie wszędzie!
Trwa ładowanie komentarzy...